Mieszkają we wsi pod Brodnicą, gdzie wszyscy się znają. Ludzie wiedzą, jak im jest ciężko z tak bardzo niepełnosprawnym dzieckiem. Ale obok życzliwych zawistni zawsze się znajdą.
- "Dorobili się na krzywdzie dziecka". Z takimi komentarzami się spotkałam. Straszna, niepojęta krytyka - denerwuje się prawniczka Małgorzata Klemczak z kancelarii doradczej w Bydgoszczy, która w tej sprawie była pełnomocnikiem tej rodziny. - Nikt nie wnika w funkcjonowanie rodziny z niepełnosprawnym dzieckiem. Nikt nie liczy godzin czuwania przy łóżku chorego. Nikt nie liczy kosztów przeznaczonych na leczenie. Czy życie ludzkie można przeliczać na pieniądze? Milion, dziesięć milionów nie skompensują krzywdy wyrządzonej poprzez zaniedbanie. Tym, którzy „z dziwną zazdrością” spoglądają na innych zadałabym jedno pytanie. Zamieniłbyś się? Czerpiesz radość z życia. Widzisz swoje zdrowe, sprawne dziecko. Słyszysz: Mamo, Tato. Oni tego nie doznali i nie doznają nigdy. Co zrobisz z milionami na koncie będąc przykutym do łóżka, bez wiedzy jak wygląda zdrowy świat…
To było lato 2009 roku
::news{"type":"see-also","item":"26942540"}
To była jej pierwsza ciąża, dziecko z radością oczekiwane przez rodzinę. Podczas badań prenatalnych nie było nic niepokojącego, wszystko miało skończyć się dobrze. Ale wtedy, gdy wiadomo było, że zbliża się czas rozwiązania, zaczęły się bóle brzucha. Ale nie takie porodowe, inne, niepokojące. W dodatku ruchy płodu też były słabe. Pojechała do szpitala w Brodnicy.
To był piątek, 28 sierpnia 2009 roku. Trafiła na Oddział Położniczo-Ginekologiczny II w szpitalu w Brodnicy. Gdy powiedziała co się dzieje, zbadano ją, podłączono pod aparat KTG, który odczytuje tętno płodu. Stwierdzono, że ma małowodzie, czyli za mało wód płodowych. Dostała jakieś lekarstwo, i to wszystko. Nie było dalszych działań, nie była nawet na stałe podpięta pod KTG, choć sączył się z niej niepokojący zielony płyn. Dwa dni leżała na oddziale, wreszcie w niedzielę po wielogodzinnym porodzie siłami natury urodziła dziewczynkę. Wtedy okazało się, że dziecko jest bardzo chore. W skali Apgar dostało 1 punkt.
No jak to, przecież miało być zdrowe? Wtedy na oddziale powiedzieli jej, że to z powodu jej infekcji dróg moczowych.
Straszna diagnoza
Okazało się, że mózg dziecka jest uszkodzony, w następstwie czego ma małogłowie, czterokończynową postać mózgowego porażenia dziecięcego z bardzo znacznym upośledzeniem rozwoju umysłowego. Efekty były widoczne z czasem. Rodzice walczyli o nią latami, szukali pomocy, spędzili wiele czasu w szpitalach, ale niewiele to dało.
Dziś 11-letnia dziewczynka ma lekoodporną padaczkę, nie mówi, nie siedzi, nie przekręca się na boki, nie kontroluje czynności fizjologicznych. Cierpi na refluks żołądkowo-przełykowy, ma zez zbieżny. Nie je samodzielnie, nie żuje pokarmu, ma zaburzenia połykania. Wydaje nieartykułowane dźwięki sygnalizujące stan emocjonalny - zadowolenie, dyskomfort, rozdrażnienie. Wymaga stałej opieki przez 24 godziny na dobę. Stan zdrowia nie rokuje poprawy.
- Jednego jej nie brakuje: ogromnej miłości ze strony rodziców, którzy poświęcili się bezgranicznie opiece nad niepełnosprawnym dzieckiem - komentuje Małgorzata Klemczak, która poznała dobrze tę rodzinę.
Z powodu infekcji?
::news{"type":"see-also","item":"26859991"}
Tak bardzo niepełnosprawne, chore dziecko wymaga poświęcenia ogromnej ilości czasu i pieniędzy. Rodzicom nie przyszło do głowy, żeby szukać gdzieś sprawiedliwości. Matka była przekonana, że to z powodu jej infekcji dróg moczowych w czasie porodu. Tak jej powiedzieli w szpitalu.
Ale pojawiły się jednak jakieś wątpliwości, bo w 2015 roku rodzice dziewczynki trafili do kancelarii doradczej prawniczki z Bydgoszczy. Małgorzata Klemczak zajmuje się właśnie m.in. takimi sprawami i na podstawie opisu sytuacji i dokumentacji medycznej szybko zorientowała się, że w brodnickim szpitalu popełniono wiele błędów, które mogły przyczynić się do takich tragicznych skutków. Oczywiście do tego potrzebne były jeszcze ekspertyzy biegłych. Rodzice nie chcieli jednak ukarania winnych, wszczęcia śledztwa przez prokuraturę. Uznali, że to i tak nie wróci zdrowia ich dziecku. Ale propozycja, aby złożyć wniosek do sądu cywilnego o odszkodowanie od szpitala za błędy medyczne, uznali za właściwy. Ich koszty życia, rehabilitacji dziecka były znaczne, trudno im było wiązać koniec z końcem.
Biegli sądowi orzekli
Sprawę skierowano do Sądu Okręgowego w Toruniu, a powołani w sprawie biegli sądowi z Instytutu Naukowego Pracowni Ekspertyz Sądowo-Lekarskich Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie szczegółowo zbadali sprawę. Ich opinia jest jednoznaczna: dziecko jest niepełnosprawne z powodu zaniedbań, zaniechań i błędów lekarskich na oddziale szpitala w Brodnicy.
Po pierwsze po wykryciu małowodzia ciężarna powinna być monitorowana z użyciem aparatu KTG przez 24 godziny, co nie miało miejsca. Poza tym wszelkie zaburzenia kierunkowały, iż natychmiast, od razu w piątek powinno nastąpić rozwiązanie ciąży przez cesarskie cięcie, a kobieta trafiła na porodówkę dopiero w trzeciej dobie od przyjęcia do szpitala. Położna czy lekarz powinni też wiedzieć, że sączące się zielone wody płodowe świadczą o tzw. aspiracji smółki, skutkującej niedotlenieniem płodu. Zostało to zlekceważone, podobnie jak wynik krótko prowadzonego badania KTG. A jak już doszło do porodu, to nawet wtedy należało zrobić cesarskie cięcie. Nic z tego nie zrobiono.
Kto był winny?
::news{"type":"see-also","item":"26487876"}
- Trudno wskazać imiennie lekarzy, położne, które doprowadziły do wielkiego dramatu dziecka, rodziców - zastanawia się Małgorzata Klemczak. - Kobieta przebywała w placówce medycznej 2 doby przed porodem. Personel się zmieniał. Nikt w tym czasie nie podjął jedynej, poprawnej decyzji o rozwiązaniu ciąży poprzez cesarskie cięcie. W trzeciej dobie będąc już na sali porodowej zaniedbania nad rodzącą przez personel medyczny zapewne przyczyniły się w sposób znaczący do trwałego okaleczenia dziecka.
Imiennie winnych mógłby wskazać sąd karny, ale do takiego procesu nigdy nie doszło.
- W sprawie nie prowadzono postępowania karnego z wniosku rodziny, jak i z urzędu. Matka przez kilka lat żyła w poczuciu winy, w którą kierunkowały ją mylne epikryzy. Wskazywano, że miała infekcję dróg moczowych, co skutkowało skomplikowanym porodem. Uznaliśmy, iż postępowanie karne narazi rodziców na dodatkowy, ogromny stres. Uważam, że mają nadto problemów. Prokuratura zawsze może wszcząć postępowanie uznając, że dopuszczono się czynu karalnego. Wiem, że rodzina sama z takim wnioskiem nigdy nie wystąpi - tłumaczy Małgorzata Klemczak.
Czy zatem personel medyczny podejmujący wtedy decyzje nie poniesie konsekwencji?
Wszystko na to wskazuje, że jednak poniesie.
Proces trwał aż 6 lat
::news{"type":"see-also","item":"26956430"}
Rodzinę spod Brodnicy przed sądem w Toruniu reprezentowała adwokat Alicja Kempa i wspomniana Małgorzata Klemczak. Proces trwał aż 6 lat.
- Zapewniam, iż jest to bardzo krótki okres czasu wobec innych spraw, które czekają na wyrok 10, a nawet więcej lat - tłumaczy bydgoska prawniczka. - Nie wynika to z opieszałości sądu, ale braku biegłych sądowych, których opinie mają ogromne znaczenie do oglądu stanu zdrowia dziecka, wykazaniu, iż jest ono następstwem błędu medycznego. W tej sprawie było kilka opinii. Sąd Okręgowy w Toruniu prowadził sprawę bardzo rzetelnie. Okazywane dowody przez strony sporu były poddawane wnikliwej analizie. Wyrok po upływie 6 lat od skierowania pozwu na wokandę jest zadowalający.
Pozwany szpital w... Grudziądzu
Wyrok zapadł 4 stycznia 2021 roku, po czym po wszelkich procedurach (wnioskowanie o uzasadnienie, przesyłanie uzasadnienia, czekanie na możliwą apelację) w marcu się uprawomocnił. Ba, jeszcze po Wielkanocy informacja z toruńskiego sądu brzmiała, że uprawomocnienia jeszcze nie ma, ale były to dane chyba jednak spóźnione. Strony bowiem dostały już komunikat o uprawomocnieniu, a część orzeczonego odszkodowania już wpłynęła na konto rodziny.
Pozwanymi byli Regionalny Szpital Specjalistyczny im. dr Władysława Biegańskiego w Grudziądzu oraz jego ubezpieczyciel, czyli PZU S.A. w Warszawie. Dlaczego nie szpital w Brodnicy? Chociaż przez większość swej historii brodnicka lecznica była placówką samodzielną, to akurat w latach 2006-2013 była formalnie częścią szpitala w Grudziądzu. Zatem również w roku 2009, gdy doszło do opisywanych zdarzeń.
Odszkodowanie i renta
::news{"type":"see-also","item":"26784040"}
Sąd Okręgowy w Toruniu zdecydował, że pozwani mają solidarnie zapłacić łącznie milion złotych z ustawowymi odsetkami tytułem zadośćuczynienia za cierpienia fizyczne i psychiczne; zaznaczył przy tym, że PZU nie ma płacić więcej niż równowartość 46,5 tys. euro, a więc większość i tak musi wysupłać grudziądzki szpital. Zasądził też na rzecz dziewczynki miesięczną rentę w kwocie 5540 zł, przy czym nakazał ją zapłacić też za okres od narodzin, czyli dodatkowe 312 tys. zł z odsetkami. Zdecydował też, że pozwani będą odpowiadać solidarnie za skutki zdarzenia z dnia 30 sierpnia 2009 roku (czyli dnia narodzin), jakie mogą pojawić się u powódki w przyszłości.
Lekko licząc wszystko razem z odsetkami to co najmniej 1,5 mln zł plus renta i może coś jeszcze w przyszłości.
Błędy w sztuce medycznej
W uzasadnieniu wyroku sąd okręgowy wskazał m.in., iż krzywda doznana przez małoletnią powódkę pozostaje w związku przyczynowo-skutkowym z zaniechaniami pracowników pozwanego szpitala. Opierając się na opiniach biegłych specjalistów sąd opisał szczegółowo na czym polegało nieprawidłowe postępowanie, ustalił, że stan zdrowia małoletniej powódki jest następstwem nieprawidłowości położniczych, wskazał, że w jego ocenie pracownicy (lekarze) pozwanego szpitala popełnili błąd w sztuce medycznej.
Medycy poniosą odpowiedzialność?
Którzy lekarze czy położne dopuścili się zaniedbań w 2009 roku w brodnickim szpitalu? Tego na razie żaden sąd nie stwierdził. Ale szpital w Grudziądzu już uzgodnił z rodziną chorej dziewczynki terminy wpłat, a PZU już nawet przelało całą swoją zasądzoną kwotę. Rodzina i pełnomocniczka uznali, że domaganie się od razu całej kwoty w obecnej sytuacji służby zdrowia jest nie na miejscu, będą dostawać ją w ratach. Ale nie sposób uwierzyć, że szpital i ubezpieczyciel na tym poprzestaną. Rzecznik grudziądzkiej lecznicy przyznaje, że odszkodowanie zapłacą, ale nie odpuszczą i te pieniądze będą starali się odzyskać od tych osób, które nieprawidłowości się dopuściły. Być może wystarczy nawet ten wyrok sądu cywilnego.
Zatem choć nie ma wyroku skazującego dla jakiegokolwiek lekarza czy położnej, to wszystko na to wskazuje, że poniosą oni konsekwencje finansowe.
Może ten wyrok przerwie barierę lęku
- Sukces, wygrana - jeżeli tak to można nazwać - to ogromny nakład pracy - tłumaczy Małgorzata Klimczak. - Od kilku lat współpracuję z kancelarią adwokacką Alicji Kempa z Bydgoszczy, znałam skuteczność jej działań z innych spraw. Prym wiedzie art. 6. Kodeksu cywilnego: „Ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne”. Często epikryzy, zaświadczenia, wyniki badań po kilkunastogodzinnej lekturze ujawniają czytelne błędy popełnione przez personel medyczny. Spędziłyśmy niezliczoną ilość godzin skupiając się na „szczegółach”. Ten konkretnie wygrany proces może przerwie barierę lęku innych osób, które boją się dochodzić swoich praw przed obliczem Temidy. Zawsze trzeba wejść na tę ścieżkę. Rodzic samodzielnie może nie sprostać wszelkim wyzwaniom. Osobiste emocje często prowadzą do poddania w trakcie pierwszej rozprawy. Pełnomocnicy mają wiedzę, praktykę w rozwiązywaniu sporów - kończy prawniczka z Bydgoszczy.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu czasbrodnicy.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz