Archiwum pani Stanisławy Matuszewskiej. Nieistniejący już pałac w Szramowie. Dziś obecność tego dawnego dumnego dworu - rozebranego w latach 70. XX wieku - potwierdzają jedynie pozostałości piwnic, murów, dawnego parku dworskiego, zabudowań gospodarczych - m.in. gorzelni oraz relacje świadków, którzy w nim mieszkali
W XV wieku krzyżaccy właściciele określali tę wieś jako "Schamendorf" - w luźnym tłumaczeniu z języka niemieckiego może być to zlepek słów "die Scham" - wstyd lub "sich schämen" - wstydzić się oraz "das Dorf", czyli wieś. Wieś wzmiankowano po raz pierwszy w roku 1418 jako majątek kościelny z obowiązkiem zaciągu wojennego, zapewne dla potrzeb komturii krzyżackiej w Brodnicy. Właścicielem tychże gruntów był osadzony tu w myśl zasad prawa chełmińskiego zapewne rycerz Mikołaj Gutenberg. W latach 1423-24 "Schamendorf" nadal stanowił własność rycerską komturii brodnickiej z obowiązkiem dla właściciela do odbycia jednej służby w zbroi lekkiej. Po zakończeniu wojny trzynastoletniej w latach 1454-1466 opisywane grunty weszły w skład państwa polskiego. Nazwa wsi być może została spolszczona i niemieckie "Schamendorf" wyewoluowało w polskie Szramowo. Jest to jednak niepotwierdzona źródłowo hipoteza. W 1526 roku Stanisław Szmard i jego synowie, Feliks i Mateusz, otrzymali od króla Zygmunta I Starego przywilej na wieś Szramowo w ziemi chełmińskiej i okręgu brodnickim. W roku 1570 właścicielką Szramowa była "wdowa Szramowska", która posiada 4 łany chłopskie (ponad 67 hektarów), karczmę, 4 zagrodników i szewca. W ciągu 77 lat areał gruntów uprawnych - kosztem drzewostanu - uległ wyraźnemu powiększeniu. W roku 1647 zapisano, że Szramowo rozciągało się już na 12 włókach (ok. 201,6 ha), a w roku 1789 w skład posiadłości wchodziło "8 dymów". Rozwój przestrzenny wsi i proces dobierania gruntów trwał jednak w kolejnych dziesięcioleciach nieprzerwanie dalej. W numerze "Gazety Toruńskiej" z 1 maja 1881 roku podano informację, że wśród ziemian i posiadaczy majątków w okolicach Brodnicy był pan Murawski, który trzymał majątek w Równicy koło Pokrzydowa o areale 67,58 ha (miejscowość na wschodnim brzegu jeziora Retno, którą wzmiankowano po raz pierwszy w roku 1738 jako nowe osiedle królewskie). Jednocześnie ówcześni dziennikarze wytykali mu, że jako Polak nie powinien był sprzedawać w ręce niemieckich właścicieli swojego drugiego majątku z siedzibą w pobliskim Szramowie, który miał spieniężyć w latach 1856-1881. W tym czasie areał gruntów w majątku rodziny Murawskich w Szramowie wynosił 562,85 hektara. Kim byli nowi właściciele? Być może odpowiedź kryje się w kaplicy grobowej rodziny Fondenleinów wybudowanej w lesie na wysokim brzegu jeziora Szramowo. Dziś obecność dawnego dumnego dworu - rozebranego w latach 70. XX wieku - potwierdzają jedynie pozostałości piwnic, murów, dawnego parku dworskiego oraz zabudowań gospodarczych - m.in. gorzelni. Wykolejony pociąg między Szramowem a KaługąW dwudziestoleciu międzywojennym (1918-1939) przez Szramowo przebiegała linia kolejowa nr 251: Tama Brodzka - Iława Główna. 18 czerwca 1931 roku doszło tu do wykolejenia pociągu. Na szczęście obyło się bez ofiar. W "Słowie Pomorskim" (1931.06.24, R.11, nr 143) opisano to zdarzenie tak: "Ostatnia burza spowodowała dużo szkód także i w naszem mieście (Toruń) pozrywane rynny, zalany tunel kolejowy, zalanie do metra wysokości. Najstarsi ludzie nie pamiętali takiej ulewy i wichru. Brodnica. Ulewny deszcz spowodował wykolejenie się pociągu. W związku z czwartkową burzą mamy też do zanotowania wypadek kolejowy. Dnia 18 bm. o godz. 4-tej po południu z powodu zamulenia toru (około 15 cm) przez silny deszcz i burzę, która nad Szramowem (powiat brodnicki) przeszła, wykoleił się na 9 kilometrze między stacją Szramowo a Kaługa pociąg mieszany, kursujący na linii Brodnica-Radomno. Dzięki tylko maszyniście, który zauważył zamulony tor i zahamował pociąg dość wcześnie, wypadek nie pociągnął większej szkody, jak wyskoczenie z szyn lokomotywy, która się przechyliła oraz pierwszego wagonu i drugiego do połowy i wygięcie szyn. Wypadku w ludziach nie było. Na miejsce wysłano pociąg ratowniczy z Zajączkowa, który wszystkich pasażerów odwiózł w dalszą drogę. Ruch odbywał się normalnie, jedynie z przesiadką w miejscu wypadku". 8 lat później wybuchła wojna, a dworek w Szramowie zajęli Niemcy. Wojenne wspomnienia Stanisławy MatuszewskiejStanisława Matuszewska - urodzona 1 marca 1921 roku we Wrockach, córka Stefanii i Ernesta, matka trzech synów, babcia ośmiorga wnucząt, prababcia 11 prawnucząt i praprababcia trojga praprawnucząt - miała 18 lat, gdy wybuchła II wojna światowa.- W czasie wojny Niemcy pozabierali Polakom domy i przedsiębiorstwa - wspominała swojej prawnuczce Wiktorii Perlińskiej. - Byliśmy zmuszani do pracy u niemieckich przedsiębiorców lub gospodarzy. Ja wraz z rodzicami i rodzeństwem pracowałam przez pierwszy okres wojny w gospodarstwie rolnym u niemieckiego gospodarza w Przydatkach. Od 1942 roku pracowaliśmy w gospodarstwie rolnym w Kuligach niedaleko Jajkowa. Wkrótce potem z całą rodziną zamieszkaliśmy w Szramowie w nieistniejącym już obecnie dworku. Musieliśmy pracować od poniedziałku do soboty przez ponad dwanaście godzin dziennie zarówno w polu, jak i zajmując się inwentarzem. Na naszych terenach Niemcy zazwyczaj poprawnie odnosili się do zwykłych Polaków, ale zdarzały się sytuacje, że wykorzystywali swoją dominującą pozycję. Gdy chodzi o moją rodzinę, obaj niemieccy gospodarze, u których pracowaliśmy, traktowali nas poprawnie. Gdy wykonywaliśmy swoją pracę dobrze, nie było powodów, aby Niemcy nam dokuczali. Pamiętam w szczególności życzliwy stosunek do nas gospodarza w Kuligach, który był tak zwanym polskim Niemcem, czyli Niemcem zamieszkałym przez większość życia w Polsce i doskonale znającym tutejsze realia. - Zabawy towarzyskie lub spotkania w szerszym gronie były w zasadzie zabronione, nie wolno było Polakom się gromadzić, a złamanie tego zakazu groziło więzieniem lub nawet śmiercią - wspominała dalej pani Matuszewska. - Pamiętam taką sytuację, kiedy to przyjechała do mnie kuzynka, która miała ze sobą akordeon. Spotkało się nas kilkanaścioro młodych ludzi. Wówczas przy muzyce akordeonu tańczyliśmy. Ktoś o tym doniósł niemieckiej policji. Po pewnym czasie z Pokrzydowa do Szramowa przyjechało trzech żandarmów niemieckich. Strasznie się baliśmy, że zostaniemy aresztowani. Za tę nielegalną zabawę musieliśmy zapłacić wysokie kary pieniężne, tak zwane sztrafy, a harmonię nam skonfiskowano.Męża poznałam dopiero po wojnie w 1947 r. W tym czasie wrócił on do Polski z niewoli sowieckiej, z Syberii. Jak większość młodych mężczyzn - mieszkańców Pomorza w 1942 lub 1943 roku wcielony został do niemieckiego wojska. Służbę wojskową pełnił w Wehrmachcie w jednostce wartowniczej na terenie Francji. W czasie nalotu został ranny i przez długi czas przebywał w szpitalu w niemieckim Lörrach niedaleko granicy z Francją i Szwajcarią. Pod koniec wojny dostał się do niewoli na terenie Francji lub zachodnich Niemiec. Wracając transportem kolejowym wraz z innymi Polakami służącymi wcześniej w niemieckiej armii, został następnie przejęty przez Rosjan i wywieziony na Syberię, gdzie przebywał półtora roku. Jako więzień syberyjski mieszkał w ziemiankach i musiał pracować. Jego praca polegała na czyszczeniu torów i zwrotnic ze śniegu i lodu, aby umożliwić jazdę pociągom, tory bowiem były ciągle przysypywane śniegiem, a zwrotnice zamarzały. Cały czas chodził on głodny, ponieważ do jedzenia dostawał dziennie tylko kawałek chleba. Często zdarzało się, że wybiegał wraz z innymi więźniami na pole, aby zabrać zmrożoną kapustę, którą następnie podgrzewał nad ogniem w ziemiance i nie do końca rozmrożoną zjadał. Strażnicy radzieccy czasem strzelali wówczas w kierunku więźniów, myśląc, że próbują oni ucieczki. Strzelanina i polegli żołnierze w SzramowieArmia Czerwona wkroczyła tu w styczniu 1945 roku. Była wówczas sroga zima, a słupek rtęci w termometrach spadł do -25 st. C. Niemcy okopali się niedaleko brzegu Drwęcy przy trasie na Olsztyn. Most na rzece był zniszczony. - Rosjanie przekroczyli jednak Drwęcę po lodzie w innym miejscu, na wysokości dworku, w którym mieszkaliśmy - wspominała wnuczce Stanisława Matuszewska. - Wykorzystali to, że rzeka była zamarznięta. W Szramowie przebywała wówczas kompania wojska niemieckiego, a w zasadzie jego zbieraniny. Pod wieczór doszło do strzelaniny z Rosjanami. W tym czasie przebywałam wraz z rodziną i innymi mieszkańcami w piwnicach dworku, gdzie nakryliśmy się kołdrami przyniesionymi z góry przez mojego ojca. Kule świstały powyżej naszych głów. Po kilkudziesięciominutowej walce Niemcy uciekli. Pamiętam, że zginęło trzech Rosjan i około siedmiu Niemców. Rzuciło mi się w oczy, że Niemcy pomimo zbliżającej się przegranej byli elegancko ubrani, Rosjanie zaś wyglądali jak łachmaniarze - mieli zniszczone i obdarte buty oraz waciane, poprzecierane kurtki. U jednego z leżących na ziemi zabitych Rosjan zauważyłam, że miał czarne, odmrożone palce u nóg. Poległym Niemcom Rosjanie natychmiast zabrali buty. Niemcy przyjechali ciężarówkami do Szramowa jeden lub dwa dni przed natarciem Rosjan. Nie wiem, gdzie wówczas spali, czy w okopach, czy też w samochodach. Pamiętam, że musztrę przeprowadzał niemiecki oficer, chyba w stopniu porucznika. Słyszałam, jak ludzie mówili, że musztrę tę obserwowali z przeciwnego brzegu Drwęcy Rosjanie. Niemcy na wyposażeniu mieli tak zwane panzerfausty. Widziałam po przybyciu Rosjan kilka porzuconych przez Niemców panzerfaustów opartych o ścianę dworku, które nie zostały wykorzystane w walce. Baliśmy się, że Rosjanie pomyślą, że to broń mieszkańców dworku, i ktoś je w końcu zakopał. Później o ich ukryciu dowiedziało się wojsko polskie, przyjechali żołnierze, wykopali je i zabrali ze sobą. Poległych Rosjan pochowano na cmentarzu w Pokrzydowie, gdzie dotychczas spoczywają. Niemców pochowano w Szramowie na terenie byłego zakładu Prebud, nie usypano im jednak mogił i nie postawiono krzyży. Dzisiaj miejsce odnalezienia ich grobów jest chyba niemożliwe.Początkowo baliśmy się Rosjan, bo myśleli, że my, jako mieszkańcy dworku, jesteśmy właścicielami ziemskimi. Ktoś z nas wytłumaczył im, że jesteśmy tylko drobnymi robotnikami rolnymi. Rosjanie w Szramowie w zasadzie nie zatrzymali się. Zabrali ze sobą wszelki znaleziony drób i krowy, a nas ciągle pytali, czy nie mamy spirytusu, bo we wsi stał komin po nieczynnej gorzelni. Byli głodni. Mnie na przykład kazali usmażyć ziemniaki, które zjedli jeszcze niedosmażone. Gdy znaleźli lusterko, zbijali je na kilka części i dzielili się nim. Podobnie robili z cukrem, który dzielili na części i chowali go w jakieś szmatki. Wzdłuż drogi polnej prowadzącej od trasy Toruń - Olsztyn do byłego dworca PKP w Szramowie przez kilkadziesiąt metrów ciągną się pozostałości okopów niemieckich - kończy swoją opowieść pani Matuszewska. - Niestety po dworku, w którym mieszkałam w czasie wojny, pozostały tylko ruiny i przysypane piwnice. Po wojnie został on zasiedlony przez Polaków, lecz z czasem popadał w ruinę. W latach 70. XX wieku rozebrano go, a wkrótce potem komin po gorzelni. Cegły zabrano, jako materiał budowlany. Pozostało mi jedynie zdjęcie tego dworku z lat wojennych.
Na podstawie informacji uzyskanych z rozmowy przeprowadzonej przez Wiktorię Perlińską z Brodnicy z jej prababcią Stanisławą Matuszewską, 13 lutego 2012 roku w Brodnicy, w wyniku której powstała praca na konkurs historyczny: "Losy cichych bohaterów tamtych dni pod okupacją niemiecką i sowiecką wrzesień 1939 - maj 1945 w moim regionie". Podziękowania dla Marcina Perlińskiego za udostępnienie materiałów niemieckojęzycznych wraz ze zdjęciem; tłumaczenie Jacek Stybor.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu czasbrodnicy.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz