W sylwestrową noc o północy strzelają korki od szampana oznaczające koniec starego i początek nowego roku w asyście zabaw, tańców, bali, toastów i sztucznych ogni. Ta tradycja utrwaliła się dopiero na przełomie XIX i XX w., od elit przenikając do pozostałych warstw społeczeństwa również w naszym powiecie.
Przed wiekami wierzono, że papież, św. Sylwester, w 317 r. w podziemiach Watykanu zamknął smoka. Stara przepowiednia mówiła, że smok wydostanie się na wolność w rocznicę śmierci świętego, gdy rozpocznie się rok tysięczny. Nic więc dziwnego, że 31 grudnia 999 r. ludzkość była przerażona widmem oswobodzonego smoka jako zapowiedzi końca świata. Kiedy wszak po północy nic szczególnego się nie wydarzyło – ludzie poczuli wielką radość okazywaną zabawą i tańcami. Rzecz jasna z tej powiastki niewiele przeziera historycznej prawdy. Tak więc twierdzenie, że bale sylwestrowe mają tysiącletnie tradycje zakrawa na bałamutność i nieprawdę. Huczne bale z 31 grudnia na 1 stycznia to dość krótka tradycja, sięgająca zaledwie końca XIX w. Należy jednak przyznać rację twierdzeniu, że ludzie od zawsze starali się świętować i celebrować każdy początek nowego roku. Mieszkańcy starożytnej Mezopotamii, a zwłaszcza Egiptu, posługujący się kalendarzem opartym na obiegu Ziemi wokół Słońca, jako nowy dzień roku czcili 21 września, gdy na niebie zajaśniała gwiazda Syriusz. W Imperium Rzymskim nowy rok rozpoczynano 1 marca – w miesiącu poświęconemu bogu wojny Marsowi. Z kolei w okresie republiki rzymskiej (VI-I wiek p.n.e.) 1 stycznia władzę na rok obejmowali przedstawiciele władzy wykonawczej – konsulowie – i według ich kadencji mierzono i zapisywano wydarzenia.
W związku z tym, że w Imperium Romanum jednym z największych świąt dorocznych były Saturnalia, które trwały początkowo jeden dzień (19 grudnia), a następnie aż tydzień (17-23 grudnia). To święto pojednania i równości polegało na ucztowaniu, zabawach i wręczaniu ojcom rodzin podarków. Było tak głęboko zakorzenione, że z nastaniem chrześcijaństwa nie sposób było z nim walczyć. Dlatego na soborze w Nicei w 325 r. oficjalnie wyznaczono datę narodzenia Jezusa na 25 grudnia. Ta sytuacja wprowadziła sporo zamieszania – w części zakamarków Ziemi zaczęto właśnie ten dzień traktować jako pierwszy dzień roku, w innych teolodzy przesuwali datę na dzień Zwiastowania, więc na 25 marca, a jeszcze w innych liczono kalendarz od Wielkanocy, mimo tego że było to święto ruchome. W wyniku tych ustaleń w średniowieczu zapanował kalendarzowy bałagan – w VII i VIII w. początek nowego roku wyznaczano 25 grudnia, natomiast w Anglii – Wielkanoc. Te daty rozczłonkowały księstwa w Europie – część przyjmowała jedną datę, inne – inną. W XII w. w Polsce i w Hiszpanii świętowano Nowy Rok w Boże Narodzenie.
To król Francji Karol IX (brat króla Polski Henryka Walezego) sztucznie wybrał datę, która miała pogodzić różne dzielnice jego państwa w świętowaniu Nowego Roku. Tą datą był 1 stycznia. W innych królestwach europejskich ten pomysł przyjmowano z obawami i bardzo opornie. W Rosji 1 stycznia nieśmiało wkroczył do kalendarza dopiero od 1700 r. Anglia przyjęła go dopiero w 1752 r. Wszędzie administracyjnie wdrożona data nie była warta świętowania. Dopiero przełom XIX i w XX w. przyniósł w tej materii przełom. Najpierw bowiem zwyczaj urządzania sylwestrowych bali przyjął się w XIX w. u ówczesnych elit. Jako że przykład idzie z góry, w kolejnym wieku zaczął się upowszechniać u pozostałych warstw społeczeństwa i pozostaje po dziś dzień. Nieco kolorytu wnieśli w tym wymiarze Duńczycy oczekujący wybicia na zegarze północy, stojąc na krześle, by wraz z ostatnim taktem móc z niego zeskoczyć i wejść w nowy rok „skacząco”, więc radośnie i na wesoło. Z kolei Hiszpanie wraz z ostatnimi taktami bijącego zegara zjadają jedno winogrono, opróżniając tym samym kiść, co uważają za koniec jednego i początek nowego.
Na terenie powiatu brodnickiego również w większym lub mniejszym gronie starano się świętować koniec starego i początek nowego roku. Rzecz jasna w okresie braku wolności, a tym bardziej w dobie obu wojen i czasie okupacji, sylwestrowe spotkania bywały nieporównanie skromniejsze i mniej wystawne od obecnych, aczkolwiek nowy czas zawsze dawał nadzieję na odmianę losu, wolność i lepsze jutro. Tuż po odzyskaniu niepodległości, po 1918 r., gdy ojczyzna była na dorobku, niemile patrzono na szastanie pieniędzmi również w wydatkach na bale. Tak więc tym wzorem w latach 20. XX w. w okresie sylwestra i karnawału nie upatrzyłeś sztampowych i przede wszystkim drogich zabaw tanecznych. Również w Brodnicy modne stawały się wówczas „dancingi” – nazywane niekosztowną i nieforsowną, kilkugodzinną rozrywką, niewymagającą drogich toalet i strojów – bo tak bawiła się wtedy – wiadomo – „stolyca”.
Biorąc pod lupę stosunki społeczne panujące w tym czasie w Brodnicy, utyskiwano dość powszechnie na syndrom grajdołka: „Żyjemy tak, jakby każdego z nas odgradzał mur chiński od swego sąsiada. Znają się wszyscy, jeden o drugim mógłby śmiało ex abruto mówić choćby i całą dobę, stawiając zawsze swego bohatera o szczebel niżej od siebie. Są to typowe zabytki dziedziczne każdego prowincjonalnego mrowiska. Uczyć geniuszów prowincji o potrzebie czegoś bardziej realnego, postępowego, lepiej byłoby autorowi projektu rzucić się z pieca na łeb przed rozpoczęciem swego misjonarskiego pochodu (…). Nad czem jeszcze pracować? Ludzie »z głową« zrobili majątek w czasie błogosławionej pani dewaluacji, ludzie »bez głowy« zajmują skromne stanowiska. I żyje się. I pije się. Aby się nam dobrze działo. A wewnątrz nas szamoce się coś. I to z taką siłą niekiedy, że się nie wie się, co ze sobą zrobić. To nuda – rzeknie niejeden. Nie, to dusza twoja, geniuszu prowincjonalny, szuka sobie pokarmu dla siebie. Okryta królikami, pofarbowanymi na gronostaje, znaleźć tego pokarmu nie może. W czasach niewoli, gdy duch nasz koncentrował się w pracy nad sobą, nad drugimi, mieliśmy zadowolenie, umysł jasny i myśl polotu pełną. Dziś wolni, gdy wszystko tylko krytykujemy, sami zaś na nic oryginalnego zdobyć się nie możemy, czujemy się pełni rozkładu moralnego. A wszak możemy czas wolny zapełnić pracą. Pola do pracy nieuprawione, ugorów pełno (…). Otrząsnąć się nam potrzeba z bezczynności umysłowej. Nie bądźmy tymi, którzy toczą się od dnia do dnia siłą inercji dobrze odżywionego żołądka (…). Gdyby tak założyć Klub Pracy Umysłowej, jakże wiele można by skorzystać. Prysłaby nuda i czczość, a tętno życia społecznego z ruchu jednostajnie opóźnionego przeszłoby w ruch przyspieszony. Tylko inicjatywy potrzeba. Chęć i zapał jest”.
Okres powojenny przyniósł swoje realia. Dancingi nie do końca wyszły z mody, a coraz bardziej modne stawały się prywatki od skrajnie różnego spędzania sylwestrowej nocy w tak zwanej „białej sali”, czyli z gazetą pójście do łóżka.
Po trudnych latach 40. i 50. XX w. więcej radości tanecznych przyniosły lata 60 i 70. Zabawy urządzane w wiejskich świetlicach i klubokawiarniach z otwartym okienkiem organizatorów, gdzie można było kupić oprócz oranżady coś na ząb, jako tako zapełniały rozrywkowe menu. Potem nadszedł czas urządzania zabaw przy stolikach. Pary umawiały się na przygotowanie w domach i przyniesienie poszczególnych potraw, często wraz z talerzykami i sztućcami, których nie zapewniali organizatorzy. Dość częstym obrazkiem z takich zabaw był więc sznur kobiet ustawionych w długiej kolejce do umycia przyniesionych naczyń, podczas gdy siedzący za stolikami panowie ukradkiem zacierali na ten widok ręce, odkręcając i często polewając to i owo bez należytej kontroli i umiaru.
– Pamiętam, jak wspólnie umawialiśmy się na zabawę w jakimś centralnym miejscu naszej małej wsi, a potem na piechotę, ale za to we wspólnym gronie, ze śpiewem i śmiechem ruszaliśmy wiele kilometrów na przełaj przez las, by dojść do sali pana Trąpczyńskiego w Pokrzydowie – wspomina nasza rozmówczyni z Szafarni. – Dla młodzieży nie było wówczas wcale ważne, by mieć stolik, zarezerwowane miejsca i stosowne menu. Przychodziliśmy na zabawy karnawałowe właściwie bez papierowych zaproszeń i nikt nawet specjalnie nie liczył na miejsca siedzące. Staliśmy więc często mniejszymi lub większymi grupkami lub siadaliśmy od czasu do czasu na ławkach rozstawionych wokół sali. Jeśli były stoliki i ktoś wstawał do tańca, nie było niczym niestosownym, by na chwilę przysiąść na krześle, a potem ustąpić innej osobie. Jak sięgam pamięcią, mam wrażenie, że sprawą siedzenia za stołem chyba młodzież się niespecjalnie przejmowała. Liczyła się za to dobra zabawa i poznanie innych osób, bo wiadomo, w myśl starego porzekadła: „Jaki kto w tańcu, taki w całym życiu!”.
Organizatorzy w specjalnie przygotowanych bufetach zapewniali wtedy do sprzedaży oranżadę, jakieś zakąski i w zależności od wykupionej koncesji – alkohol. Orkiestranci przygrywali tańczącym na różnego rodzaju instrumentach – od gitary przez trąbki po modne akordeony i perkusje. Śpiewano i tańczono z przytupem znane i modne wówczas szlagiery sezonów, lat i dziesięcioleci. Jako że moda na palenie papierosów nie ustępowała – palili wówczas niemal wszyscy, a sale bywały mocno zadymione.
Na podstawie: Goniec Nadwiślański, 1926.04.20, R.2, nr 90; Wikipedia.org, liturgia.wiara.pl
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu czasbrodnicy.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz