Liliana Sobieska: Zdarzają się kobiety, które na wieść że zostaną babcią wpadają w popłoch, nie bardzo wiedzą jak sobie z tym faktem pogodzić. Uważają, że ta nowa funkcja życiowa bardzo je postarza w oczach otoczenia. Niektóre nawet swoim już trochę podrośniętym wnukom każą zwracać się do siebie po imieniu lub "ciociu". Co Pani na to? Grażyna Kinicka: - Uważam, że babcia - to brzmi dumnie! Nie wszystkie kobiety mają tę możliwość, daną przez los, życie i Boga by zostać babciami, bo niektóre choć chcą, nie mogą się tego doczekać. Ja, choć od dwunastu lat jestem babcią wcale nie czuję się w związku z tym starsza. Poczucie starości nie wiąże się z posiadaniem wnuków, bo można być młodą metrykalnie, a starą duchem i odwrotnie. Ja mam pięcioro wnucząt. Najstarsza wnuczka Karolina ma dwanaście lat, Sebastian dziesięć lat, Cezary i Igor mają skończony roczek, Marysia jest czterolatką. Czekam jeszcze na kolejne wnuczęta od trzeciej z moich córek. Jak to było, kiedy urodziła się pierwsza wnuczka? - Przyszła na świat może trochę nieoczekiwanie, bo krótko po zdanej przez córkę maturze i zamążpójściu. Młoda mama studiów nie przerwała, realizowała swoje marzenia, a ja z mężem zajmowaliśmy się maleńką Karolinką. Chodziłam do córki, kąpałam dziecko i pomagałam we wszystkim, często w towarzystwie drugiej córki, wtedy jeszcze niezamężnej. Tu ujawniła się wielka więź siostrzana, która tworzyła się już w naszym domu rodzinnym. Dla mnie było to bardzo ważne, bo byłam i jestem babcią pracującą, której czasami brakuje czasu. Zawsze, kiedy rodziły się kolejne wnuczęta, niezwykle się z tego cieszyłam. A jak reagował na przyjście na świat wnuków dziadek, Pani mąż? - Przeżywał i cieszył się chyba jeszcze bardziej niż ja. I taki pozostał do dziś. W każdą niedzielę objeżdża wszystkie dzieci i wnuczęta, rzadziej do córki Ewy mieszkającej w Bydgoszczy. Ale gdy maluchy mają urodziny czy imieniny zawsze z mężem je odwiedzamy. W tym roku właśnie jadę do Bydgoszczy na Dzień Babci. Ale też będąc nauczycielką w górznieńskiej szkole uczestniczę w organizowaniu obchodów tego święta. Trzeba być dobrze zorganizowaną i zdążyć tam i tu. Jak w Pani rodzinie obchodzicie Dzień Babci i Dziadka? - W naszej rodzinie wszystko toczy się wokół stołu. Kiedy przychodzi taka uroczystość jak Dzień Babci, to ja jestem zawsze na tę okazję przygotowana. Piekę jakieś dobre ciasta, kupuję słodycze, które szczególnie lubią moje wnuczęta. Zasiadamy przy wspólnym stole, jemy, rozmawiamy o tym, co się zdarzyło i co nas czeka. W tym szczególnym dniu wnuki przyjeżdżają do mnie, składają życzenia, przywożą kwiaty, własnoręcznie zrobione piękne laurki. To taki szczególny moment, kiedy przy stole spotykają się trzy pokolenia. Pielęgnowania tego zwyczaju nauczyła mnie moja nieżyjąca już teściowa, kiedyś też babcia. Wizerunek typowej babci, siedzącej tylko w domu, zajmującej się domowymi sprawami i pielęgnującej wnuki trochę już przeszedł do historii. Współczesne babcie są inne. - Bo inne są czasy. Ale ja, choć nowoczesna, kiedy trzeba siadam do maszyny i szyję, robię na drutach czy szydełku. Moje wnuczki często proszą mnie o uszycie czy naprawę ubranek swoich ulubionych zabawek. Zachęcam do tego moje córki i jakiś czas temu pokupowałam im przyborniki do szycia. Ale ja mimo wszystko nie zamierzam odejść od tej sympatycznej powinności. Jestem babcią praktyczną. Jakie prezenty na konkretne okazje daje swoim wnukom babcia Grażyna? - Takich z gatunku pożytecznych jak szaliki, skarpetki czy czapki raczej nie robię. Zazwyczaj na przykład przed świętami przeprowadzam dyskretną sondę w rodzinie, aby dowiedzieć się czego komu brak i co sprawiłoby największą radość. To może być nowy plecak, samochód na baterie czy inne zabawki. Jeśli jakieś ubrania, to bardziej nietypowe, fantazyjne. Moje wnuki są dla mnie bardzo wyrozumiałe, bo wiedzą, że mam sporo pracy w szkole i jak same mówią codziennie "górę zeszytów do sprawdzania". To szczególnie dotyczy polonistów. Dla mnie praca nauczycielki jest nie tylko zawodową powinnością, ale też najprawdziwszym życiowym hobby. Uwielbiam szkołę i dzieci. Inaczej jest się babcią dziewczynek i chłopców? - Uważam, że tak, przynajmniej w moim przypadku. Sama miałam trzy dziewczyny, więc gdy byłam świadkiem narodzin wnuka ta radość była zwielokrotniona. Myślę, że moje córki się na to nie obrażą. Przecież na świat przyszedł "następca rodu". Na pytanie czy fajniej być babcią dla wnuków czy wnuczek trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Jednak babcia jako kobieta może łatwiej dogaduje się z dziewczynkami, a dziadek z chłopcami, szczególnie, kiedy podrosną. Ale u mnie w rodzinie nasze dziewczyny jakoś bardziej lgnęły do męża, choć Kinga nie wyobraża sobie życia bez taty, Anita ściślejszy związek ma ze mną, a Ewa tak pół na pół. Jednak wszystkie moje wnuczęta kocham jednakowo i bardzo. Dziadkowie, jak się potocznie mówi, są po to, aby wnuki rozpieszczać. Oczywiście rozsądnie. Na przykład zabieramy je na wspólne wycieczki, na lody, kupujemy jakieś fajne drobiazgi. Jest Pani babcią nowoczesną, taką na miarę czasów? - Czuję się babcią, jak widzę moje wnuki. Ale zupełnie nie, kiedy idę na spacer z uczniami z mojej klasy. Robimy sobie długie wędrówki po pięć kilometrów, na przykład na ognisko do Miesiączkowa. Nie boję się takich wyzwań, bo sama każdego dnia robię sobie spacery na górznieński stary plac szkolny. Lubię chodzić po lesie, choć mąż nieraz przed takimi miejscami mnie przestrzega. Ale uznaję, że jeśli jakiś człowiek mnie nie zaczepi, to las i jego mieszkańcy na pewno też tego nie zrobią. Staram się dużo ruszać, w domu mam swoją małą siłownię z rowerkiem treningowym, stepperem, skakanką. Do tego dołączam piętnastominutowy aerobic. Chętnie po pracy ćwiczę sobie sama, w domowym zaciszu. Dlatego nie boli mnie kręgosłup ani stawy. Uwielbiam też wycieczki rowerowe. Kiedyś, gdy przepisy jeszcze na to pozwalały, jeździłam z grupą uczniów na długie trasy. Teraz te dzieci są już dorosłe, ale chętnie wspominają dawne wypady w plener. Wiem więc, że lubi pani jazdę na rowerze. A jak z innymi pojazdami? - Kiedy uczyłam się w technikum rolniczym miałam już samochodowe i ciągnikowe prawo jazdy. W razie potrzeby mogę pojechać ciągnikiem i samochodem ciężarowym. Motocyklowego prawa jazdy nie mam, ale z jakimś mniejszym motorkiem dałabym sobie radę. Umiem też jeździć konnym wozem. Potrafię ubrać konia w puszorek, zaprzęgnąć do wozu i pokierować takim pojazdem. Jako młoda dziewczyna sama jeździłam do magazynów geesowskich po cement, bo rodzice nie zawsze mogli. Bez niczyjej pomocy załadowywałam tonę cementu na wóz, wracałam z ładunkiem do domu i własnoręcznie rozładowywałam cement oraz wnosiłam pod dach. Pochodzę w gospodarstwa, więc taka praca nie jest mi obca. To już chyba tylko czołgu Pani nie prowadziła. Polatać czymś w powietrzu też by się pani nie bała? - Chętnie polatałabym balonem, motolotnią i samolotem, bo nigdy jeszcze nim nie leciałam. Tym ostatnim w charakterze pasażera, nie pilota. Wody też bym się nie bała, bo pływałam rowerem wodnym, łódką, kajakiem, żaglówką. Wpław też nieźle pływam, bo wychowałam się nad jeziorem. Jestem życiowo zaprawiona do pracy i to przekłada się też na tę obecnie wykonywaną. Podczas całej mojej dotychczasowej pracy w szkole może raz przyniosłam zwolnienie lekarskie... To skutek dobrego zdrowia oraz obowiązkowości i odpowiedzialności zawodowej. Jeśli już przytrafiają się jakieś drobne niedomagania zdrowotne, to tylko podczas wakacji i na krótko. Czego babcia Grażyna życzyłaby sobie z okazji Dnia Babci? - No, może wyprawy powietrznej tą motolotnią, a przynajmniej samolotem do ciepłych krajów. Z wysokości pewnie świat wygląda zupełnie inaczej, jeszcze piękniej niż na ziemi.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz