Foto: Wyd. H. Fuhrich, Brodnica: Młyn nad Niskim Brodnem. W 1873 roku wkręcił się w młyński wał czeladnik Pahi
Opisywane niżej wydarzenia miały miejsce niespełna półtora wieku temu, gdy Brodnicą rządziła pruska administracja, w czasach, gdy nie było jeszcze prądu, linii kolejowej ani nawet dobrej drogi z Brodnicy do Nowego Miasta Lubawskiego; w czasach, gdy wielu brodniczan oraz zwłaszcza mieszkańców sąsiednich wsi cierpiało nędzę, niedostatek, a nawet głód. Wtedy najważniejszym środkiem komunikacji była gazeta. Ta z Torunia dodatkowo drukowana była po polsku. Jeden numer czytało wówczas wiele rodzin w wielu domach, komentując szeroko przeczytane treści, zwłaszcza, jeżeli dotyczyły okolic Brodnicy.
W roku 1867 mieszkańcy Brodnicy i domostw stojących wokół osady młyńskiej Niskie Brodno turbowała sprawa zniknięcia obywatela o nazwisku von Decker. Trudno dziś ustalić kim był i jaką sprawował funkcję w mieście. Ów mieszczanin zniknął w lipcu tego roku i ślad po nim zaginął. Jego zwłoki odnaleziono dopiero pół roku później i pochowano z rzadko spotykaną oprawą. Biorąc pod uwagę ten fakt można przypuszczać, że mógł być kimś znaczącym. Sprawa brzmienia nazwiska nie przesądzała bynajmniej jakiej był narodowości, ani wyznania. Warto jednak pamiętać, że ewangelicy uzyskują zbawienie w chwili śmierci. Ciała samobójców w wierze katolickiej najczęściej chowano bez mszy, a trumnę składano w grobie za lub przy ogrodzeniu cmentarza. Pozostaje więc domniemanie, że von Decker był brodnickim ewangelikiem, choć jest to tylko przypuszczenie.
W kronice kryminalnej Gazety Toruńskiej to zdarzenie tak odnotowano ówczesną składnią i pisownią: "Brodnica. 13 lutego. Dziś odbył się pogrzeb zwłok v. Deckera , o którego wątpliwym zgonie w lipcu rzeczonego czasu swego doniosłem był. Dopiero w zeszły poniedziałek udało się przypadkiem, iż go znaleziono na brzegu jeziora na Niskimbrodnie, gdzie na ustroni między dwiema olszami, mając nogi w wodzie zanurzone, pistoletem sobie życie był odebrał. Gdy od tego czasu pół roku minęło, można go było już tylko po ubiorze rozpoznać. Pogrzeb odbył się uroczyście; z okolicy kilku dziedziców i wielu z miasta towarzyszyło jego zwłokom". Zaledwie sześć lat później, bo w roku 1873 młyn nad Niskim Brodnem znowu znalazł się w centrum zainteresowania opinii publicznej. Tym razem na skutek nieszczęśliwego wypadku, w wyniku którego obdarty ze skóry człowiek stracił życie. Siła spadku wody jeziora Niskie Brodno spiętrzonej jazem i napędzającej urządzenia wewnątrz młyna okazała się zabójcza. Gazeta Toruńska (1873, R.7, nr 38) pisała o tym tak: "W Niskim Brodzie tuż pod Brodnicą wydarzył się następujący nieszczęśliwy przypadek. Zastępca młynarza, czeladnik od kilku lat na tym młynie pracujący nazwiskiem Pahi, smarował żelazny wał. Tymczasem niżej położone koło w biegu będące pochwyciło mu kożuch i pociągnęło całego. Na krzyk nie zaraz zdołano młyn zatrzymać, a nieszczęśliwy tak się wkoło wału obwinął, że z nóg obuwie i ciało zupełnie mu się poździerało. Kości nie miał uszkodzonych, jednakże do ran przystąpiła gangrena, za nią zaś śmierć w lazarecie w Brodnicy".
To, o czym donosiła Gazeta Toruńska w piątek 14 lipca 1876 roku (R.10 nr 159) zakrawało już na makabreskę. Otóż w restauracji w Górznie urządzono zaskakujący pokaz. Pewien "kapitalista", jak go nazwano kłaniając się wszystkim w pas oznajmił, że ludziska mają szczęście, bo będą świadkami niezwykłego pokazu. On, jako wielki sztukmistrz będzie pokazywał różne sztuki i sztuczki z rewolwerem. Po tych słowach na oczach wszystkich załadował bęben rewolweru kilkoma kulami, również kilka komór zostawiając pustych, po czym przekręcił nim energicznie pozostawiając zgromadzonych sam na sam z pytaniem, czy pociągnięcie za cyngiel odpali kulę, czy też nie. Zdenerwowana widownia zaczęła głośno wykrzykiwać, by magik nie wyczyniał głupstw, bo przecież nie wiadomo, czy iglica zatrzymała się na pustej komorze rewolwera, czy też na tej z nabojem. Tymczasem rzekomy sztukmistrz, nie dając się zbyć z pantałyku oznajmił, że na koniec tego pokazu przyłoży lufę do czoła, zaciągnie rewolwer, który jednak nie wystrzeli. Jak powiedział tak też zrobił - mimo odradzania ściągnął spust i... "legł bez duszy z kulą w mózgu". Artykuł nosił tytuł "Sztuka".
W tym samym numerze z 1876 roku opisano "Rzadki wypadek". Otóż pod Brodnicą na "listowego" zupełnie nieoczekiwanie napadło na publicznej drodze czterech włoskich kobziarzy. Obrabowali oni następnie napadniętego, pobili i ukradli co się dało. Na szczęście policja szybko namierzyła cudzoziemców, których "przytrzymano i znaleziono 300 marek w złocie i drobnymi". Gdyby była w Górznie wówczas apteka, łatwiej byłoby pomóc pobitym, rannym, czy po prostu chorym i potrzebującym. Z tak dawna oczekiwaną informację na ten temat opublikowano dopiero 10 września 1880 roku (GT,1880, R.14, nr 208) "Górzno pod Brodnicą dostanie wreszcie dawno pożądaną aptekę. Otworzy ją tam aptekarz z Łopienna, który już odebrał na to koncesyą". W tym samym roku rządca Runge z Karbowa został mianowany "zastępującym wójtem na obwód Karbowo".
To, że po powiecie brodnickim krążyli różnej maści wydrwigrosze, kłamcy i oszuści o tym wiedzieli wszyscy. Oczekując wsparcia jedni udawali dawnych powstańców, którzy kiedyś chcieli pomóc ojczyźnie, a teraz sami zostali bez grosza przy duszy, inni udawali dalekich krewnych lub powoływali się na dawnych znajomków. Cel takiego łgania był jeden - zakraść się w łaski domowników, znaleźć ich przychylność, a potem uśpić czujność i okraść. W tej materii Toruńska zamieściła 6 maja 1873 roku (R.7, nr 104) artykuł pod tytułem "Ostrzeżenie", w którym próbowano zamieścić dość wątpliwy, szczerze mówiąc, rysopis i dane o oszuście, który nie dawał się pochwycić od kilku lat. Praktycznie rzecz biorąc był on dość uniwersalny, w przeciwnym razie policja na podstawie tych danych dawno już ujęłaby sprawcę. Oceńmy jednak to sami: "Wtorek 6 maja 1873 - Ostrzeżenie. Donoszą nam o wałęsającym się po prowincji oszuście, który pod różnymi imionami raz udaje brata kleryka Muchowskiego, drugi raz poległego w powstaniu Bonina, innym raz innego. Wałęsa się on w tych okolicach od lat 8 pod maską zmyślonego nieszczęścia z roku 63 i 64 [chodzi o powstanie styczniowe z lat 1863-64 - przyp. RS], nadużywając podle i brudnie gościnności polskiej i kompromitując osoby, do których krewności, znajomości lub tożsamości się przyznaje. Nie zawsze jednakowoż na gościnności przestaje, często kradzieżą i łotrostwem sam sobie poradza. Łatwo go poznać po piegowatej twarzy i po niezwykle prędkiej mowie".
Wielkim problemem dla mieszkańców podbrodnickich wsi bywało nieostrożne obchodzenie się z ogniem, zwłaszcza jesienią i zimą. Zaopatrzeni w lampy naftowe gospodarze, często z papierosem w zębach sprawdzając zawartość swoich stodół, by nacieszyć oczy wielkością letnich plonów przez nieuwagę zaprószali ogień. Skutki były katastrofalne: "Wtorek 12.X.1875 [R.9, nr 234]. W powiecie brodnickim w przeszłym tygodniu były aż trzy pożary. W Radoszkach spaliły się budynki gospodarskie sołtysa Wiśniewskiego, w Zbicznie dom i budynki gospodarskie właściciela Cichockiego, w Brodnicy zaś spaliła się stodoła garbarza Schmidta. Wszystkie spalone budynki były bardzo nisko zabezpieczone". Ogień doprowadzał wielu do ruiny. Trawił przecież wszystkie, z takim przecież trudem zbierane plony, a z ludzi czynił pogorzelców. Ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Każdy gospodarz dbał więc jak tylko mógł, by zapłacić jako takie ubezpieczenie na wypadek pożaru. Od tego, ile gotówki posiadał ważnym było przede wszystkim zebranie w odpowiednim czasie plonów, zwłaszcza w żniwa. Dokuczliwym problemem stawał się tu jednak brak rąk do pracy.
Gazeta Toruńska w piątek 14 lipca 1876 r. (GT.1876,R.10 nr 159) donosiła: "w powiecie brodnickim żniwa obawiają się brakiem ludzi. Dawniej przychodzili ludzie z Królestwa do Prus, teraz dzieje się przeciwnie". Pożary lub pogarszające się warunki bytowe miały rzecz jasna duży wpływ na zachowanie się ludzi. Doprowadzeni do rozpaczy włościanie nie cofali się przed niczym. Właściwych motywów różnych zachowań jednak nie sposób dziś dociec do końca. Oto kolejny artykuł, który zbulwersował opinię publiczną. Otóż pod koniec maja 1887 roku w pewnej z podbrodnickich wsi zaczynającej się na literę "S" pewna dziewczyna urodziła dziecko. Jej przyjaciółka - za zgodą matki - wzięła nowo narodzone niemowlę, "wrzuciła w piec do chleba i roznieciła ogień w tym piecu, przez co dziecko się spaliło. Obie zbrodniarki wzięto do więzienia". Pełnej nazwy wsi, ani sytuacji rodzinnej owej matki nie podano. Czy przez całą zimę ukrywała ciążę i chciała się pozbyć dziecka, czy też ta zbrodnia była może wynikiem szoku poporodowego - tego można się już wyłącznie domyślać. Udział koleżanki w tym morderstwie zdaje się jednak potwierdzać pierwszą hipotezę. Artykuł na ten temat ukazał się w piątek 27 maja 1887 roku (R. 21 nr 119), a więc 127 lat temu.
Oprócz ognia swoje ofiary wybierał kolejny żywioł, którym była woda. Pochłaniała ona w głębiach okolicznych jezior ludzi i zwierzęta. Oto dowód: "Górzno, 19 lipca. Parobek z dominium Gutowa wjechał wczoraj wieczorem do tamtejszego jeziora, aby zamoczyć koła [przed rozeschnięciem], lecz konie przy tem dostały się na głębię i oba utonęły. Parobek sam tylko z wielką trudnością zdołał się wyratować" (GT,1884, R.18, nr 168 - środa 23 lipca). Oprócz żywiołów w zwykłym życiu ówczesnych ludzi szkody wyczyniała odwieczna ludzka chciwość pieniędzy i pazerność. Złodziei, tak jak dzisiaj zaliczano do tych zwykłych i tych "do kwadratu": "sobota 2 lutego 1889 roku. Brodnica. Tutejszy komornik Leziński stąd, został skazany za sprzeniewierzenie urzędowych pieniędzy na rok cuchthauzu. Kaucja Lezińskiego starczy na pokrycie wydatnej sumy, dlatego interesant szkody nie ponosi" (GT,1889, R.23, nr 28). Inni natomiast kradli tyle, by wystarczyło im na umknięcie i ułożenie sobie życia gdzieś dalej od Brodnicy: niedziela 13 października 1889 r. Z Brodnicy donoszą, że gdy we wtorek zawiadowca landratury [dzisiejszy odpowiednik urzędnika powiatu - przyp. RS] asesor regencyjny Dumrath przedsięwziął nadzwyczajną rewizyę głównej kasy chorych powiatu brodnickiego, dostrzegł 300 mrk [marek] defektu. Kilka godzin później zniknął rendant tej kasy Raddatz. Ściślejsza następnie rewizya wykazała większy defekt, bo 700 mrk., mówią jednakże, iż brak będzie jeszcze większy. Ponieważ stwierdzono, że Raddatz wyjechał w kierunku Jabłonowa, przeto wysłano za nim telegrafem listy gończe. Policji udało się przytrzymać zbiega w Toruniu" (GT,1889, R.23, nr 237). Tytułem podsumowania. Już wówczas znano przysłowie: "Każdy grzech to jakaś forma kradzieży. [ ]. Kto zabija kradnie czyjeś życie. Kto kłamie, kradnie komuś innemu prawo do prawdy. Kto oszukuje, okrada kogoś z prawa do uczciwego prowadzenia interesów". Jak więc nie wierzyć w to, że historia lubi się powtarzać? Tylko ludzie nie lubią się niczego od niej uczyć.
Na podstawie:
Gazeta Toruńska, 1873, R. 7, nr 104; 1873, R. 7, nr 38; 1873, R. 7, nr 104; 1875, R. 9, nr 234; 1876, R. 10, nr 159; 1880, R. 14, nr 208; 1884, R. 18, nr 168; 1887, R. 21, nr 119; 1889, R. 23, nr 28; 1889, R. 23, nr 237
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu czasbrodnicy.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz